Cabo de São Vicente.

Mozolnie telepiącym się autobusem docieram na sam koniuszek południowo-zachodniej Portugalii. Wiem, że dalej nie ma już nic. Tylko majestat oceanu. Owszem gdzieś tam, hen po drodze wyłaniają się Azory, ale ich obecność podkreśla tylko bezkres wody. Wysiadam. Patrzę. Czuję. Przylądek napawa mnie niepokojem. Dziwna pogoda tu panuje. Niby pogodny dzień, ale nad oceanem unosi się delikatna mgiełka. Jest w miarę ciepło, ale chłodny wiatr obniża odczuwalną temperaturę. I jeszcze zrasza mi twarz pyłem wodnym. Po chwili we włosach mam mnóstwo soli. Staję nad wysokim urwiskiem. W dole ocean krótką, ostrą falą wściekle szarpie  skałę. Gniewny jest dzisiaj, choć unosząc wzrok ku horyzontowi wydaje się być taki delikatny. To ta mgiełka skrywa jego prawdziwą naturę. Naturę drapieżcy – bezlitosnego niszczyciela wszystkiego, co słabe. Czuję się słaby. I nieistotny. Przy nim…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s