Rosa.

Czy ktoś jeszcze chodzi po mokrej łące o poranku? Czy ktoś jeszcze pamięta chłód rosy? I jej delikatność na bosych stopach? W dzisiejszym świecie mało kto ma czas na poranne spacery po łąkach. A nawet jeśli, to nie boso, bo skutecznie odstrasza nas od tego inwazja kleszczy i boreliozy. Ja również już nie chodzę boso po trawie. Od lat, gdy fotografuję o poranku, owinięty jestem szczelnym kokonem ubrań o wojskowej proweniencji oraz chemią śmiertelną dla małych żyjątek (a może również dla mnie) zwaną dietylometatoluamidem. Mam wrażenie, że świat, nawet ten nam najbliższy, staje się coraz mniej przyjazny. Ta poranna rosa zawsze przypomina, jak daleko mi już do dawnych lat, gdy jako dziecko boso biegałem po łące, bez jakichkolwiek obaw. Ukąszenia się zdarzały, ale przecież wówczas było to coś naturalnego. Pośliniło się ranę, czasem przyłożyło babkę zerwaną nieopodal i… zapominało się. To było dawno temu… Dzisiaj, gdy wchodzę na łąkę przed świtem, czuję się jak saper na polu minowym. Idę niepewnie, wyczekuję wroga. Nierzadko podczas fotografowania w trawie jakiś kleszcz wchodzi mi na ręce. Z obrzydzeniem strącam „obcego”. Jestem nerwowy. Wciąż kocham poranną rosę, ale nie kojarzy mi się już z beztroską radością…

Reklamy

Czosnek niedźwiedzi.

W lesie łęgowym mija czas, gdy kwitną kwiaty runa leśnego. Jednym z ostatnich jest czosnek niedźwiedzi (Allium urusinum). Właśnie w ostatnich dniach łany czosnku niczym spóźniony śnieg pokryły runo białym całunem. Przez kilka dni to piękne zjawisko będzie jeszcze trwało, po czym wszystko przekwitnie i uschnie. Korony drzew zazieleniły się już i właśnie teraz domykają swoje zielone baldachimy odcinając dopływ światła do dna lasu. Która z wiosennych roślin nie zdążyła się rozwinąć, będzie miała teraz dużo trudniej…

Fiołek leśny

W lesie łęgowym powoli przekwitają fiołki leśne i miodunki. Gdzieniegdzie można jeszcze spotkać ziarnopłon wiosenny, ale jego czas również przemija. Runo leśne zazieleniło się czosnkiem niedźwiedzim, który powoli zaczyna kwitnąć. Najbliższe tygodnie to będzie jego czas. Tymczasem ostatnie fiołki leśne o zachodzie słońca…

Południca,

zwana również „żytnią”. Jak podaje Wikipedia to według słowiańskich wierzeń morderczy demon polujący latem na tych, którzy niebacznie w samo południe przybywali w polu. Wiadomo przecież, że w „Samo południe” to trup padał gęsto. My starsi (czytaj dojrzali) kinomani pamiętamy to z dobrego westernu i plakatu wyborczego Solidarności, ale tutaj chodzi o inne demony. Południce grasowały w słoneczne, gorące dni, gdy największa spiekota, żar i zaduch. Dawniej mało który rolnik pracował w południe, w upale, no chyba, że w żniwa. A jak już dorwało go zmęczenie na polu i przysnął w jakimś kopcu siana, to dopadała go tam w samo południe dusza zmarłej kobiety. Takiej, co odeszła  tuż przed ślubem albo w jego trakcie. I dusiła śpiącego nieszczęśnika. W legendach zawsze tkwi jakieś ziarno prawdy, jakaś mądrość. Może południcami straszono, by nie ostawać   latem w polu i w upale, bez wody, bo przecież udar słoneczny zdarza się często. I mnie kiedyś dopadł, gdy za długo przebywałem na słońcu szukając fotograficznych artefaktów.  Ale żadnej cudnej południcy nie widziałem wówczas. Zobaczyłem natomiast coś innego. Będąc chwilę jedną w Parku Kopczyńskiego we Wiśle, spotkałem właśnie taką cudną Panią Południcę, wzrostu co najmniej 6 stóp, wiotką i piękną. Z drzewa lipowego. Jej twórcą, jak wyczytałem w odmętach internetu, jest Pan Grzegorz Michałek. Chylę czoła, bo rzeźba wdzięczna jest i widać w niej coś więcej niż tylko dobre rzemiosło. A dla Was drodzy Przyjaciele, kilka fotografii południcy, cobyście byli ostrożni, jak taką Panią spotkacie na swojej drodze… 😉

Marcowe kwiaty.

W lesie łęgowym ruszył prawdziwy wyścig zbrojeń. Rośliny runa leśnego chcąc wykorzystać ten krótki czas, gdy jeszcze drzewa nie pokryły się liśćmi i nie odcięły im światła, wystartowały w dorocznym wyścigu wegetacyjnym. Pole position zajęła śnieżyczka przebiśnieg, a za nią – wcale nie daleko – cebulica dwulistna. Troszkę później (przynajmniej ze dwa tygodnie) miodunka zwyczajna (?) – po łacinie pulmonaria obscura, a tuż za nią ziarnopłon wiosenny. Ta ostatnia roślina, urocza zresztą przetrwa najdłużej.  Czas pierwszej śnieżyczki powoli już przemija, ale za to pojawiają się kolejne: kokorycz pusta, fiołek leśny i inne delikatne, leśne kwiaty – warto patrzeć pod nogi, bo nie są zbyt wielkie. I nie tylko łatwo je przeoczyć ale i zadeptać. A wyścig ku światłu trwa… 🙂

Śnieżyczka przebiśnieg, ziarnopłon wiosenny, cebulica i miodunka – poniżej w takiej kolejności.

 

Przebiśniegi.

Czy to już przedwiośnie? Ano tak. W przyrodzie rozpoczęły się miłosne podchody, są już pierwsze kwiaty (śnieżyczki przebiśnieg), a za oknem gawrony budują gniazda. Zaczyna się piękny czas odżywania. Choć pewnie jeszcze nie raz spadnie śnieg. Ale to już ostatnie podrygi Pani Zimy. Tymczasem w mojej galerii pierwsze tego roku przebiśniegi. W rzeczywistości była małe jak pierwsze źdźbła trawy. Długo ich szukałem.  Żeby zrobić to zdjęcie byłem w terenie grubo przed świtem. Potem marzłem i czekałem, aż słońce podejdzie pod horyzont. Potem miałem kilkanaście sekund, może minutę, kiedy ognisty blask rozświetlił widnokrąg, skadrowałem i uwieczniłem. Słońce szybko się porusza. Kadry trzeba planować z wyprzedzeniem i cierpliwie czekać na światło… Czas fotografowania kwiatów rozpoczął się !

Inspiracja

to ważne…, hmm… zdarzenie w naszym życiu. Coś zobaczymy, usłyszymy, coś nam się przytrafi, albo po prostu ktoś nam coś opowie. I w naszej głowie zaczyna się coś rodzić. Jeszcze nie ma to konkretnego kształtu, ani nazwy; nie jest też sformułowaną myślą, pomysłem, ale gdzieś tam wewnątrz nas pojawia się jakieś uczucie, emocja, może tęsknota, która kiedyś przy jakimś zbiegu różnych innych okoliczności, stanie się wizją, pomysłem, może nawet drogą przez życie…

Jakieś trzydzieści lat temu,  a może ciut więcej, gdy byłem małym chłopcem i nie widziałem jeszcze nigdy morza, pustyni, ani wysokich gór, będąc w raciborskim klasztorze otrzymałem angielskie wydanie National Geographic. Pamiętam jak dziś te wspaniałe zdjęcia bizonów, wielorybów i cudownych, mglistych krajobrazów. W czasach komunizmu, gdy wszystko było u nas szare i bure, to czasopismo było dla mnie jak brama do innego świata, do raju pełnego tajemnic i kolorów. Te zdjęcia poruszyły duszę dziecka, którym wówczas byłem i zostały we mnie na zawsze. Te obrazy legły u podstaw mojej fotograficznej pasji, stały się moją inspiracją na całe moje życie (i źródłem nieustających wydatków również). 😉 Wszystko tylko dlatego, że pewna zakonnica chciała sprawić nieco radości małemu chłopcu… Minęło tyle lat od tej chwili, ale do dzisiaj uwielbiam oglądać cudowne, coraz to lepsze zdjęcia przyrody naszej Ziemi. Często tak nieziemskiej. Zobaczcie zatem ze mną ten niedługi film prezentujący najlepsze ujęcia Windland Smith Rice International Award z bodajże 2016r. Są inspirujące, nieprawdaż…?

 

Zima.

Ta zimna jest inna, niż do tej pory. Jak zawsze. Pory roku się powtarzają, ale zawsze jest nieco inaczej. W każdym razie inaczej, niż sobie wyobrażam. Wolny czas staram się wykorzystywać do oporu. Stąd moja aktywność na stronie jest mniejsza, ale za to większa w terenie. W końcu zdjęcia nie zrobią się same. 🙂 Tymczasem Pani Zima…